piątek, 15 września 2017

PASJA



Albert Einstein, człowiek, który poświęcił całe życie odkrywaniu tego, co nieznane, w artykule What I Believe z 1930 roku napisał: Nieznane jest najwspanialszym przeżyciem, jakiego możemy doznać. Jest prawdziwym źródłem wszelkich nauk i sztuk. Z pewnością mógłby jeszcze dodać, że nieznane jest źródłem wszelkiego rozwoju i wszelkich emocji.
Jednak większość ludzi utożsamiania nieznane z niebezpieczeństwem. Uważa, że sens życia polega na działaniu w pewności i ciągłej świadomości celu, do którego dążą. A jedynie głupcy podejmują ryzyko badania nieznanych dziedzin życia. Rezultaty poszukiwań mogą zaskakiwać, ranić, a co gorsza, człowiek nie jest na nie przygotowany. Sęk w tym, że nie można przygotować się na nieznane. Dlatego większość ludzi tego unika. Zapewnia sobie bezpieczeństwo (strefę komfortu), nie podejmuje żadnego ryzyka, porusza się według gotowych wskazówek – nawet jeśli jest to nudne. Być może niektórzy są zmęczeni tą pewnością, świadomością, że znają dokładnie bieg wydarzeń całego dnia, zanim on się skończy. Ci ludzie nie rozwijają się, jeżeli znają odpowiedzi na pytania, zanim zostaną one zadane (!!).
Przez całe życie uczą nas o potrzebie stabilizacji. Zaczyna się w domu rodzinnym, a kontynuuje w szkole. Dziecko uczy się unikać eksperymentowania i wszystkiego, co niewiadome. Zawsze musi znać prawidłowe odpowiedzi. Nie może wypróbować nowych i budzących wątpliwości zachowań. A dlaczego nie? Wystarczy podjąć taką decyzję. Jeżeli wierzymy w siebie, to nie istnieje nic, czego nie bylibyśmy w stanie zrobić. Otwarcie się na nowe doświadczenia oznacza odrzucenie zasady, że lepiej jest podążać znaną droga, niż próbować zmian, ponieważ zmiany wiążą się z niepewności. Jednak eliminując z życia nudę i rutynę, zmniejszamy ryzyko przegranej. Nuda jest niezdrowa i czyni zamęt w umyśle. GDY PRZESTAJEMY INTERESOWAĆ SIĘ ŻYCIEM, MOŻEMY JE PO PROSTU PRZEGRAĆ.

A chcąc interesować się życiem, trzeba mieć pasję, bo to ona przyczynia się do kształtowania naszej osobowości. Pasja dodaje nam skrzydeł, uszczęśliwia, sprawia, że się uśmiechamy. Paradoksalnie ‘zdejmuje’ z nas zmęczenie i codzienny stres. Powoduje, że znajdujemy tysiące sposobów na zrobienie czegoś dla samej przyjemności doskonalenia się.

Pasja to coś, co trzeba w sobie odkryć. Nigdy nie zapomnę dnia, w którym mama zaproponowała mi pójście na zajęcia taneczne. Miałam wtedy 8 czy 9 lat. Nie miałam pojęcia czy to dla mnie, czy się w tym odnajdę. Wspaniałe i niezwykłe jest to, że dzieci mają taką (niewymuszoną?) odwagę, której nam w dorosłym życiu często brakuje. Nie kalkulują, nie robią tabelki za i przeciw, po prostu mówią TAK albo NIE. Dzielnie podjęłam się tego ryzyka. Pierwsze zajęcia były wielką próbą, bo na sali tanecznej były dziewczyny starsze ode mnie o ponad 5 lat. A później... zaczęły się występy (przed małą i dużą publicznością), konkursy taneczne, warsztaty, obozy taneczne, wyjazdy za granicę itp. To był naprawdę wyjątkowy czas. Czas, który mnie bardzo wiele nauczył. Przede wszystkim zdobyłam umiejętność motywowania się i doskonale opanowałam zdolność organizacji czasu (pogodzenie nauki w szkole, dodatkowych zajęć naukowych z zajęciami tanecznymi, z weekendowymi warsztatami i/lub wyjazdami nie było takie proste). To były cudowne chwile, które zawsze były i będą w moim sercu, bo robiłam to z miłością i z emocjami. Emocjami i uczuciami, które były szczerze. Można to zauważyć na scenie. Kiedy obserwujemy tancerza (ale nie tylko) i widzimy tę rodzącą się w jego oczach iskrę, to nie trzeba nic więcej dodawać. Jest energia, jest ciepło i serce, które po prostu widać. Nie szukało się wtedy wymówek, czy szybkich usprawiedliwień. Był entuzjazm i determinacja. Potem przyszedł czas życiowych przeobrażeń i na ponad 10 lat rozstałam się z salą taneczną. Czy tego żałowałam? Nie żałowałam. To była pora na zmianę. Jednak kiedy dowiedziałam się, że Egurrola Dance Studio otwiera szkołę w Krakowie, bez wahania podjęłam decyzję o ponownym wstąpieniu w magiczny świat tańca. 

Myślę, że na każde działanie w naszym życiu przychodzi odpowiedni moment. Na nowo odkrywam to, co ‘znane’. Ponownie uczę się siebie na sali pełnej luster. Robienie czegoś z pasją sprawia, że jesteśmy bardziej otwarci na zrobienie kroku wstecz, by potem każdy krok do przodu podwójnie uszczęśliwiał. Jakub B. Bączek – trener mentalny i mówca motywacyjny powtarza, że marzenia się nie spełniają. Marzenia się spełnia.  Marzenia wychodzą z naszego wnętrza. To my je określamy i to my je wartościujemy. Spełnianie naszych marzeń to sztuka. Sztuka, dzięki której stajemy się lepsi.

Nicholas Sparks – amerykański powieściopisarz, autor światowych bestsellerów* w powieści I wciąż ją kocham napisał, że najsmutniejsi ludzie, jakich w życiu spotkałam, to ci, którzy nie interesują się niczym głęboko. Pasja i zadowolenie idą ze sobą w parze, a bez nich każde szczęście jest wyłącznie chwilowe, nie ma bowiem bodźca, który by je podtrzymywał.

A Ty, kiedy ostatni raz spełniłeś swoje marzenie? Jaka jest Twoja pasja? A może masz ich kilka? Napisz, chętnie się dowiem! 😊

(źródło: pinterest)

(zdjęcie z prywatnego albumu, Mistrzostwa Łodzi w Tańcu Sportowym 2004)

 M.

*jego romantyczne powieści należą do dziedziny twórczości określanej jako literatura popularna, która charakteryzuje się prostym językiem i uproszczonym schematem fabularnym, nie umniejsza to jednak dostarczania czytelnikowi silnych przeżyć emocjonalnych. Szczególnie w okresie nastoletnim. 😊

środa, 30 sierpnia 2017

SZACUNEK



Czy z góry wiesz, jaki będzie smak nieznanego dania? Czy wchodząc w relację z drugą osobą wiesz, jak się potoczy? Jak będziesz traktowany? Z jakimi problemami będziesz musiał się zmierzyć? Ile będziesz musiał w sobie przezwyciężyć? Ile będzie pięknych, dobrych słów i momentów, a ile niepotrzebnych, kłujących w serce sytuacji? Nie!

Marzymy o sielance, która będzie trwała wiecznie, o miłości aż po grób i o tym, że „jakoś” to będzie. A ileż to historii miłosnych kończy się bolesnym, pełnym niedowierzania pytaniem: „Jak mógł mi to zrobić?” Jak ten lub ta, któremu powierzyliśmy klucze do naszego serca, mógł nas tak źle potraktować, zranić, oszukać? Dlaczego partner/partnerka tak uczyniła? Na to pytanie uzyskanie odpowiedzi jest niemożliwe. Nie ma sensu na próżno szukać drogi tam, gdzie jej nie ma. Wszystkie rany miłosne są bolesne. Wszystkiego dotykają naszego serca. Czasami z tego powodu stajemy się widmem samych siebie. Opuszczając nas i zdradzając, bliska osoba zabrała ze sobą najbardziej żywą część nas samych. Tę radosną, pełną energii i uśmiechu. Ten czas jest nieunikniony. Pisał o tym Freud w 1915 roku w artykule Żałoba i melancholia. Ten czas jest potrzebny, żeby zaakceptować stratę, zaleczyć rany. Zdać sobie sprawę, że początkowe pytanie było błędnie postawione, że powinno brzmieć: „Jak mogłem do tego doprowadzić?”. Jak mogłem oczekiwać od drugiej osoby, że zapewni mi dostępny do życia tlen? Jak mogłem dać mu tyle władzy nad sobą? Jak mogłem tak siebie zaniedbać? Siebie duchowo. Mówi się: „czyń drugiemu to, co tobie miłe”. A jeśli ta druga osoba tego nie robi, to jej sprawa! Co chcę przez to powiedzieć? Mamy taką skłonność, że oczekujemy od innych, że będą nas traktować lepiej niż my sami siebie traktujemy. Chcemy, żeby ktoś uważał nas za wyjątkowych, cennych, wartościowych, podczas gdy w głębi duszy przyznajemy sobie zaledwie mierną ocenę. Kiedy wchodzimy w relację uczuciową, przenosimy tego naszego wewnętrznego sędziego na partnera. Oddajemy mu władzę, aby traktował nas tak, jak sami siebie traktujemy – zbyt surowo.

A powinniśmy traktować siebie z szacunkiem. Uświadomić sobie współzależność wszystkich bytów, które się na nas składają: byt emocjonalny, psychiczny, fizyczny i duchowy. Żaden z tych bytów nie może być źle traktowany bez wpływu na nasze życie. Jeśli mamy świadomość, że pewien typ emocji może mieć toksyczny wpływ, możemy się postarać, aby nie pozwolić na zakładanie sobie pętli na szyję! W tym celu musimy sobie zaufać. Ile razy słyszałaś lub wypowiedziałaś słowa: „Znosiłam to zachowanie, bo go kochałam”*. O jaką miłość chodziło? Z pewnością nie o miłość do siebie!! Z pewnością też nie o miłość drugiego. To zwykłe okłamywanie siebie, aby zachować iluzoryczne bezpieczeństwo. A czy za każdym razem, gdy zapominamy o sobie w interakcji z drugim, nie traktujemy siebie źle?
Wszyscy chcemy być kochani, chcemy być słuchani, chcemy, by ktoś nas podziwiał. Te potrzeby są częścią naszych najważniejszych potrzeb uczuciowych. Chcemy, by na nas patrzono ze zrozumieniem i z czułością. A czym sami na siebie tak patrzymy? Kogo widzimy, kiedy patrzymy w lustro? Jakimi oczami patrzymy na siebie? Często nie kochamy siebie, nie patrzymy na siebie z wyrozumiałością, nie słuchamy siebie. Mimo tego, oczekujemy od drugiego, żeby to uczynił dla/za nas. Bez sensu, prawda?

Z pełnym przekonaniem uważam, że jeśli nie uświadomimy sobie, jak ważny jest SZACUNEK DO SAMEGO SIEBIE nie powinniśmy się „wiązać”. Oczekujemy od drugiej osoby, że nie będzie spędzała wieczorów z piwem w ręku, że zawsze będzie miała dla nas czas, że tylko z nami będzie chciała ten czas spędzać, że zrezygnuje z(e) (prawie) wszystkiego, bo przecież jest z nami w związku. Brzmi znajomo? Według mnie to pierwszy krok do założenia sobie pętli na szyję! Chciałbyś, aby ktokolwiek zabronił Ci robienia rzeczy, które są Twoją pasją? Chciałbyś, aby ktoś narzucał Ci jak masz żyć? Chciałbyś, aby ktoś robił Ci awantury o nic? Chciałbyś, by ktoś Cię ranił słowem/gestem/złym zachowaniem? Miałbyś wtedy do siebie szacunek?  
Myślę, że nie…
Czy istnieje gotowa recepta na miłość? Niestety nie. Możemy jedynie otworzyć szeroko swoje ramiona i umysł. Więcej starać się rozumieć, mniej oceniać i próbować budować świadomą i pełną zrozumienia i wsparcia relację. Nie ma doskonałych związków. Każda miłość (w związku, przyjacielska, rodzicielska) to ciężka praca. Trudna, ale piękna.

Uwielbiam rozmawiać z ludźmi, uwielbiam słuchać ich życiowych perypetii i wyciągać z tych doświadczeń najwięcej, ile można. Lata doświadczenia i pracy nad swoim charakterem pozwoliły mi wyrobić w sobie zdolność do patrzenia z dwóch perspektyw, nie tylko z jednej. To jest trudne, bo to nie jest automatyczne. Czasami zbyt pochopnie coś lub kogoś oceniamy. Czasami chcemy wszystko na już. Nie zawsze się tak da. Wysłuchałam tysiące historii na temat szczęśliwych, nieszczęśliwych czy toksycznych związków. Na temat miłości długich, krótkich, mniej lub bardziej burzliwych. Chyba każdy z nas wokół siebie ma jedną osobę, która jest w szczęśliwym związku; drugą, która ciągle wchodzi w nowe relacje; trzecią, która ma złamane serce; czwartą, która to serce komuś złamała i prawdopodobnie każda z tych osób kiedyś wypowiedziała magiczne: „Gdybym wiedział, nigdy bym tego nie zrobił”. 😊Wyposażeni w (złe) doświadczenia, nie tylko swoje, w końcu pytamy siebie, dlaczego miałoby się nam udać tam, gdzie tylu innych poniosło klęskę. W końcu wszędzie podawane (przerażające) statystyki rozpadu małżeństw mogą gasić nasz entuzjazm nawet przy najlepszych chęciach. Podoba nam się idea związku, ale szczerze wątpimy w możliwość uczynienia z niego „przestrzeni” do samorealizacji. Wchodzimy w niego ostrożnie lub przeciwnie – z pychą, traktując jak wyzwanie. W obu tych przypadkach nie angażujemy się w pełni, mówimy „tak”, lecz często dodajemy „ale”. To „ale” zabiera naszą kreatywność, wrażliwość i szczodrość.

Każda relacja jest inna. Jednak prawdziwym wrogiem zbudowanie dobrej relacji jest strach. To on przekształca miłość w zależność. Ile jest związków, w których partnerzy są od siebie pod pewnymi względami uzależnieni (psychicznie bądź finansowo)? Strach zamienia związek w konflikty o władzę - „Tak, to ja rządzę w domu” – mówi z dumą On lub Ona. Już to widzę oczyma mojej wyobraźni. 😊 Co jeszcze? Przekształca związek miłosny w złotą klatkę. „Tu nie idź, tam nie idź, tego nie rób. Po co się będziesz z nią spotykała. Po co znowu wychodzisz ze swoimi durnymi kolegami?”. Całkowite posłuszeństwo albo giń duszo nieczysta. 😉

Czy z góry wiesz, jaki będzie smak nieznanego dania? Wchodząc z drugim człowiekiem w relację miłosną, przyjacielską czy koleżeńską, obdarzając go całym swoim zaufaniem, decydujemy się zawierzyć sobie. To sobie dajemy środki, aby wyjść z utartych szlaków, aby wkroczyć na nieznaną ziemię.

Niech podsumowaniem tego długiego i trudnego (tematycznie) tekstu będzie cytat, który towarzyszy mi już dobrych parę lat. Życzę Wam wszystkim i sobie ŚWIADOMYCH, pełnych WSPARCIA I ZROZUMIENIA relacji międzyludzkich.

Nie wszystkie miłości były na tyle atrakcyjne, by warto je wspominać. Ale każda zostawiała takie samo uczucie pustki i niepokoju, że oczekiwania nigdy się nie spełnią i że pragnieniami kierują złudzenia. Wstydu, że własne i cudze słowa tracą nagle wartość.


(źródło: pinterest)


M.

*Sam/Sama wybierz odpowiedni rodzaj rzeczownika. 😊

czwartek, 24 sierpnia 2017

HARMONIA I ŚWIADOMOŚĆ

W Krakowie na ulicy Grodzkiej znajduje się takie magiczne miejsce, obok którego nie potrafię przejść obojętnie. To Tania Książka. Jak sama nazwa wskazuje, ceny książek są zdecydowanie niższe niż w innych księgarniach, co (nie ukrywając) zachęca do zakupów. Przechodząc tamtędy, praktycznie codziennie przez okres studiów, kupiłam taką ilość książek, że dziś powoli brakuje miejsca na mojej kolejnej już biblioteczce. To miejsce ma niezwykły klimat, bo zawsze znajduję tam takie pozycje, o których nigdy nie słyszałam, a które warto w życiu przeczytać.

Kiedyś wpadła mi w oko książka autorstwa Flavii Mazelin Salvi (dziennikarki specjalizującej się w psychologii) - ZEN w życiu we dwoje. Harmonia i spełnienie w związku. Pomyślałam, że nie zaszkodzi wzbogacić swojej wiedzy na temat praktyk, ćwiczeń, refleksji 'nowego' sposobu bycia razem. A co!

Nauczona doświadczeniem, a także pewnym wrodzonym sceptycyzmem rzadko podchodzę do tego typu porad z entuzjazmem, ponieważ w większości przypadków te poradniki to jeden wielki stek bzdur...

Po przeczytaniu pierwszych fragmentów wiedziałam jednak, że na pewno przeczytam do końca, bo już początkowe słowa mocno mnie zaintrygowały.

Co to jest Zen? Mówiąc najkrócej to prosta i inspirująca filozofia, które zaleca stałość, determinację oraz indywidualną odpowiedzialność. Chodzi tu o wykorzystanie swojego potencjału najlepiej jak można bez wybrzydzania, bez odrzucania, bez odkładania na później. Do tego zachęca zen i jego filozofia życia.  Nie to jest jednak meritum tego tekstu, bo cała religia buddyzmu jest bardzo złożona i wgłębienie się w jej różne aspekty wymaga czasu.

Mnie bardziej zainteresowały emocje, pewne schematy myślenia, które na pewno pojawiły się w Waszych związkach. Nie mam na myśli tutaj tylko związku kobieta - mężczyzna. Te wszystkie przykłady dotyczą każdej relacji w naszym życiu. Może to być relacja przyjacielska, rodzicielska, siostrzana, a nawet koleżeńska. 

W większości przypadków wchodzimy w relację z drugim człowiekiem ze spiętymi ramionami i  otwartym sercem, spragnieni i zgłodniali, z drugiej strony wchodzimy ostrożnym krokiem, z sercem zamkniętym i zaciśniętymi zębami. W obu tych przypadkach czujemy lęk. Lęk przed samotnością, przed rozczarowaniem... Wątpliwości pojawiają się, przybierają tysiące twarzy zaciemniających blask znajomości i nasze uczucia. W rzeczywistości prawdziwym wrogiem jest strach. To on przekształca miłość w zależność, porozumienie w konflikty o władzę, a związek miłosny w klatkę - mniej lub bardziej złotą. Jak więc wykorzenić z nas to, co jest poniekąd przyrodzone ludzkiej naturze?

Droga jest jedna. To wprowadzenie ŚWIADOMOŚCI. Nie jest prawdziwe to co dobre, ani to co złe. Prawdziwe jest to, co jest świadome.

Chcielibyśmy podpisać się pod naszym związkiem, ale mając solidne gwarancje w ręku. Chcielibyśmy się zaangażować w pełni, ale pod warunkiem, że nie będziemy cierpieć. Żadnych rozczarowań, żadnej zdrady, żadnej rutyny. Wszyscy się z tym zgadzamy i wszyscy jesteśmy w błędzie. :)
Przecież nie mamy gwarancji uniknięcia cierpienia kiedy przychodzimy na świat, tak samo nie mamy tej deklaracji na każdym innym etapie naszego życia. Potykamy się, upadamy, podnosimy się, znowu upadamy, znowu się podnosimy, doświadczamy otuchy, samotności, radości i zmartwienia. Każdy nasz krok nie daje nam gwarancji, że następna droga będzie lepsza, łatwiejsza niż ta, którą właśnie przeszliśmy.

Nie możemy zmienić natury rzeczy, ale możemy zmienić sposób naszego postrzegania i myślenia.

Nie ma idealnego związku. Nie ma idealnej relacji. Przyjęcie, że partnerstwo nie jest celem ostatecznym, ale codzienną praktyką, pozwalającą lepiej poznać siebie, może nam pomóc stworzyć coś, co przyniesie ukojenie naszemu sercu, duszy i umysłowi. Relację opartą na wielkiej wierze, wielkim zwątpieniu i wielkiej determinacji.

Codzienność bardzo często jest głównym powodem rozstań. Jak mogło do tego dojść? Na to pełne konsternacji pytanie przyjaciele, znajomi, media spieszą z bardzo przekonującą odpowiedzią i wskazują winowajcę, którym jest Potwór Codzienności. To nie my jesteśmy winni, nie my jesteśmy odpowiedzialni. To Potwór, który pożera wszystko na swej drodze: romantyczne kolacje, randki, czułe gesty, namiętność, rozmowy do rana, podróże itp... I my w to ślepo wierzymy, bo niemal jesteśmy przekonani, że miłość/przyjaźń i życie codziennie nie mogą iść w parze. Wybieramy albo jedno, albo drugie.

A przecież życie codzienne jest samą esencją życia i wyrazem jego realności. To my jesteśmy za tę codzienność odpowiedzialni. Codzienność jest męcząca tylko wtedy, gdy się z nią źle obchodzimy. Dokucza wtedy, gdy uważamy ją za nieprzyjemną konieczność w oczekiwaniu na lepsze dni. Sprawia przykrość i ból, gdy pozwalamy w niej kwitnąć kurzowi, brudowi i nieporządkowi.

Każdego dnia odnawiamy nasze zaangażowanie w życie. Mówiąc tak dla związku/relacji z osobą, z którą żyjemy, dokonujemy prawdziwego wyboru. Wyboru świadomego. Zgodnego z naszą intuicją, sercem i umysłem. Wyboru opartego na szacunku do siebie i zaufaniu do siebie.


Kończąc, chciałabym Was zachęcić do refleksji dotyczącej Waszej codzienności i świadomości...
Temat relacji i wszelako rozumianych związków to temat rzeka. To stanowi precedens do napisania kolejnego tekstu, tym razem o traktowaniu siebie z szacunkiem (oczywiście w interakcji z drugim człowiekiem). Niech zapowiedzią nowego będzie pytanie: 

Czy z góry wiesz, jaki jest smak nieznanego dania?

 
(źródło: pinterest)
 

M.

Najczęściej czytane!